zapiski filozofującego rowerzysty i miłośnika podkastów Bez ipoda nie da się filozofować
Blog > Komentarze do wpisu

Z mokrej gazety na plaży w Marbelli

Felietonisty Times’a i korespondenta parlamentarnego Mathew Parrisa nie sposób nie lubić. Choć za młodu był sekretarzem pani Thatcher a potem posłem do parlamentu, to obecnie się go kojarzy jako dziennikarza o bardzo miłym uśmiechu, którego komentarze nie są szczególnie złośliwe i który na dodatek jest kopalnią anegdot politycznych. No i gej, może nawet najbardziej znany po Eltonie Johnie gej angielski.

Tylko że dziś (10 lipca 2010) zajął się jednogłośną decyzją Sądu Najwyższego Wielkiej Brytanii, że uchodźcy przed prześladowaniami antygejowskimi nie mogą być zawracani do swoich krajów (ani zachęcani do ukrywania swoich preferencji seksualnych). Parris popiera tę decyzję. W ogóle się dziwi, jak brytyjskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych mogło mieć nadzieję, że będzie inaczej, skoro obowiązuje Konwencja Genewska z 1951 roku o statusie uchoźcy.

Ale stanowisko Parrisa jest bardziej zniuansowane. Konwencję Genewską uważa za anachronizm. Konwecja ta dotyczyła początkowo uchodźców po drugiej wojnie światowej i nie bardzo pasuje do czasów, kiedy ludzie tak szybko przemieszczają się samolotami a uchodźcy nie wędruja falami, tylko podejmują decyzje ucieczki indywidualnie, albo rodzinami.

Konwencja chroni prześladowanych z powodu rasy, religii, narodowości, członkostwa grupy społecznej czy politycznej. Parris mówi: tych prześladowanych jest za dużo a krajów, które mogą ich przyjąć za mało. Np. homoseksualizm jest przestępstwem w 75 krajach, a w 5 jest karany śmiercią. Na gruncie konwencji miliony ludzi ma prawo do statusu uchodźcy.

Parris przyznaje, że to wszystko teoria. W praktyce brytyjski Home Office robi wszystko, by utrudnić uchodźcom życie i robi to skutecznie. „…nauczył się rzucać piachem w koła machiny administracyjnej, topić wszystko w bagnie, powodować opóźnienia bez odbierania ludziom praw człowieka i robić wszystko, by uzyskanie pozwolenia na pozostanie było tak uciążliwe, nieprzyjemne a nawet upokarzające”, by potencjalni uchodźcy zastanowili się dwa razy, na co się decydują.

Więc w czym problem panie Parris? oprócz praw człowieka jest hipokryzja rządów. Zapewne w dobrej wierze, bo migracje ludności muszą być kontrolowane, by uniknąć powstawania miasteczek namiotów uchodźczych. Na dodatek hipokryzja ta jest dość skuteczna.

Jednak Parris proponuje zmianę Konwencji Genewskiej. Między innymi, nikt nie będzie miał automatycznego prawa do ucieczki, jeśli będzie należał do prześladowanej grupy. Gej będzie zachęcany do układana sobie życia w swoim kraju, po cichu. Dysydent polityczny, który nie może znieść prześladowań, powinien zrezygnować z uprawiania polityki. A zdanie o kobietach pozwolę sobie zacytować: „For women it would mean accepting the subjection that women in much of the world do accept”.

Dlaczego gej i sympatyczny człowiek proponuje zmianę konwencji genewskiej. Uchodźców jest dużo, ale rządy sobie z tym radzą, „poprzez szukanie dziury w całym, zatrzymania, obstrukcję, złe traktowanie i opóźnienia – i poprzez nadzieję, że bardzo niewiele  osób dowie się o swoich prawach lub znajdzie środki transportu, by je wyegzekwować”. Ja myślę, że chodzi o coś innego. Jest to pewnego rodzaju argument estetetyczny. Jak wielu polityków Parrisa drażni hipokryzja prawa i niepraworządność: „So we keep the law on refugee status, while striving to push it beyond most people’s reach Utrzymujemy zatem prawo o statusie uchodźcy, dążąć do utrzymania go poza zasięgiem zainteresowanych. Jest to tchórzliwe i krótkowzroczne”.

Otóż ja muszę powiedzieć, że w takich przypadkach wolę prawo pełne hipokryzji, lecz liberalne niż prawo drakońskie, lecz stosowane konsekwentne. To pierwsze przynajmniej daje jakąś nadzieję. Żąden uchodźca nie myśli, że że to akurat jemu przytrafi się złe potraktowanie przez rząd Jej Królewskiej Mości. I tak naprawdę nawet nie musi skorzystać z konwencji genewskiej. Ale np. koledze Parrisa w Arabii Saudyjskiej będzie się dużo lepiej żyło i dużo łatwiej będzie mu znosić prześladowania, jeśli będzie wiedział, że jest lepszy kraj, do którego – przy odrobinie szczęścia – może trafić, niż wtedy, gdy będzie z góry wiedział, że ani jeden ani drugi kraj go nie chce.

Napiszę jeszcze o tym kiedyś, ale po Hitlerze praworządność nie może być już priorytetową wartością dla nikogo. Zbyt wielu ludzi prześladuje się w majestacie prawa.

----------------------------------

Artykuł Parrisa nazywa się "We must harden our hearts and our borders". Chcę wierzyć, że tytuł pochodzi od redakcji. Odnośnik do artykułu w the Times tu. Tylko, że teraz za Timesa trzeba płacić, miniumum jednego funta.

sobota, 10 lipca 2010, markiz.witkowski

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/08/08 11:27:16
Domagam się twardo i kategorycznie kolejnego wpisu na blogu.