O autorze
zapiski filozofującego rowerzysty i miłośnika podkastów Bez ipoda nie da się filozofować
czwartek, 28 stycznia 2010

Mają rację myśliciele chrześcijańscy, np. Marilyn McCord Adams (podcast Philosophy Bites), że problem teodycei (dlaczego w świecie jest tyle zła, skoro świat jest jest dobry), to problem nie tylko ludzi wierzących w Boga (stworzyciela najlepszego z możliwych światów), ale również ludzi wierzących w postęp często obojętnych religijnie lub skłóconych z kościołami.  Skoro świat dąży do postępu, to dlaczego zło w nim nie znika i dlaczego nie tylko bogatsi stają się bogatsi, ale i biedniejsi biedniejszymi? Dlaczego wojny? Dlaczego śmierć? I dlaczego ludzkość i tak w końcu zniknie?

Kandyd Woltera dorastał w przyjemnym otoczeniu dworu Westfalii uczony przez filozofa Panglossa, że żyje na najdoskonalszym ze światów. Zmienił jednak swoje przekonanie, gdy podobnie jak Budda zaczął poznawać świat i odkrywać w nim cierpienie: wojny, fanatyzm religijny, niesprawiedliwość, obserwowane u różnych, a także – last but not least – katastrofy żywiołowe. Jest prawdopodobne, że w trzęsieniu ziemi w Lizbonie i towarzyszącym mu tsunami zginęło 100 tysięcy ludzi. Ale na potrzeby filozoficznej argumentacji, że świat nie jest doskonały, wystarczyłaby też czasem podawana znacznie niższa liczba ofiar – 10 tysięcy. Liczyłaby się nawet śmierć kilku sprawiedliwych, jak w Sodomie.

Kandyd w końcu zdejmuje swoje różowe okulary, wyznając odtąd dużo skromniejszą filozofię. Być może świat jest niesprawiedliwy, ale cokolwiek się dzieje, trzeba uprawiać własny ogródek. Trochę jak w piosence Młynarskiego (której Kandyd nie mógł znać): „Róbmy swoje.”

Parę dni temu skończyłem czytać nową powieść Bena Eltona „Meltdown”. Bohaterowie tej powieści na pewno nie zastanawiają się, czy ich świat jest najlepszy z możliwych. Ale na pewno jest nowy i wspaniały. Dwóch młodych bankierów sprzed kryzysu, bizneswoman, polityk, architekt tworzy paczkę przyjaciół, jeszcze ze studiów. Większość (choć nie wszyscy) uważają, że pieniądze to nowy rock and roll. Świetnie zarabiają, budują sobie domy, posyłają dzieci do najlepszych szkół, żyją (i inwestują) ryzykownie i niebezpiecznie. Widzą, że niektórzy wokół nich tracą pracę, ale tłumaczą to równie logicznie i racjonalnie jak Pangloss. Jest to logika rynku – po co bank ma mieć tyle oddziałów i kasjerów, skoro każdy może dokonywać transakcji u siebie w domu na komputerze.

 Powieść ma wiele wątków, streszczam jedynie główny, resztę przeczytajcie sami, moim zdaniem warto. Liczę, że tłumaczenie polskie niedługo się pojawi.

 Jim – bardzo sympatyczny makler – pracownik banku londyńskiego obracający węgierskimi papierami wartościowymi jest nie tylko artystą w swoim zawodzie (zarobił miliony), ale ma drugie hobby. Chce zostać przedsiębiorcą budowlanym. Za namową przyjaciela, bankiera Ruperta, kupuje za pieniądze zarobione w banku i dużo, dużo kredytu całą londyńską ulicę, żeby przebudować na niej wszystkie domy i sprzedać w zyskiem (polska firma już na placu budowy). Ekstrawagancja? Wcale nie. W tym czasie przyjaciel Ruperta i Jimmy’ego, architekt David (który również pracuje u Jima na Jego Ulicy) projektuje wielki gmach na pograniczu Luksemburga i Francji. Chodzi o to, by we Francji czerpać zyski, a z Luksemburga ciągnąć korzyści podatkowe.

Zaczyna się kryzys. Węgierska waluta jest za silna, Jimster the Makler idzie na bruk. Nie ma za co płacić robotnikom ani architektowi („Jak jest po polsku: zapłacę wam za dwa tygodnie?”). Więzi przyjacielskie jeszcze ze studiów, początkowo silne, w końcu pękają. Bank Ruperta (Scottish Granite, nazwa przypomina prawdziwy Northern Rock) sam zagrożony bankructwem zajmuje przedsięwzięcie budowlane Jima, a Rupert obojętnie się temu przygląda. Jim nie ma nawet pieniędzy na dom (wart miliony, ale też nie może go sprzedać). Szkoła publiczna wyrzuca jego syna za nie płacenie czesnych (nie liczą się darowizny Jima sprzed paru lat, kiedy miał jeszcze dużo pieniędzy; „tamto to tamto, a czesne to czesne, nie jest jesteśmy fundacją charytatywną, chociaż  mamy status fundacji charatatywnej”).

Właśnie wątek szkolny najbardziej mi się w tej powieści podoba. Rodzice są przerażeni, gdy syn ma iść do szkoły państwowej. Dzieci mówią tam trochę innym językiem. Różnice akcentów są jeszcze w Anglii nie tylko silne, ale i socjologicznie znaczące. „Nie możesz w nowej szkole mówić elegancko. Masz mówić jak w telewizyjnych Eastenders (popularna opera mydlana)” – poucza Jim syna. Na szczęście Toby świetnie sobie poradził. Bo szkoły państwowe są też pełne emigrantów, a ci chcą się uczyć dobrego angielskiego (i to szybko). Toby zaprzyjaźnia się z synem emigranta z Somalii.

Grupę przyjaciół ścigają też inne furie, detektyw ubezpieczeniowy (Jeden z przyjaciół Jima i Ruperta umiera w tajemniczych okolicznościach – był ofiarą amerykańskiego oszusta Madoffa – ubezpieczyciel podejrzewa samobójstwo i nie chce żonie wypłacić dużego ubezpieczenia), Scotland Yard (Rupert prowadził insajderskie transakcje na giełdzie i od czasu do czasu dawał Jimowi zarobić). A cały czas wszystkich ścigają banki.

Pozbawiony środków do życia Jim podejmuje krok desperacki. Jako dziki lokator zajmuje jedno z mieszkań na swojej byłej ulicy (dawno już przejętej przez bank) i remontuje je tak, by mogła w nim zamieszkać rodzina. Zajmuje co zostało. Wszystkie lepsze mieszkania są już dawno zajęte przez innych dzikich lokatorów, którzy stają się nową burżuazją i nie lubią włóczęgów ani nowych dzikich lokatorów. Gdy Jim ciężko pracuje malując ściany, wybucha pożar, w którym były bogacz o mało nie traci życia.

Ale kryzys się kończy. Sytuacja Jimmiego się poprawia. Jego były węgierski desk znowu zaprasza go do współpracy. Ale on już nie chce być maklerem. Jak Kandyd woli uprawiać swój ogródek. Kiedyś Jimowi remontował mieszkanie pewien Rumun. Dzisiaj Jim u niego terminuje.

Może to zwycięstwo wolterowskiej filozofii ogródka. Nie łudźmy się jednak – uprawa ogródka też jest wpisana w kapitalistyczny system. Przyjaciel Jima Rupert, gdy wszystko było jeszcze OK, a on nie musiał uciekać zagranicę, powiedział mu kiedyś. „Za pięć lat będziesz bezużyteczny a twoja firma cię porzuci… Ale co to za wspaniałe pięć lat!”. Teraz wielu młodych ludzi szykuje się, by przejąć biurko Jima. To ich entuzjazmem karmi się kapitalizm (nie poddany właściwej regulacji). Ich transakcje (na koszt deponenta, a potem podatnika) będą coraz bardziej ryzykowne. I tak aż do następnego kryzysu.    

22:53, markiz.witkowski , ekonomia
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9