O autorze
zapiski filozofującego rowerzysty i miłośnika podkastów Bez ipoda nie da się filozofować
środa, 19 marca 2014

 

 

Wbrew temu, co piszą w dokumentach (np. Karta Atlantycka) i encyklopediach, zasada samostanowienia narodów nie tylko nie jest powszechnie uznawana, ale wydaje się niebezpieczna. Tak jak niebezpieczne wydaje się referendum na temat wystąpienia Szkocji z Wielkiej Brytanii, połączenia się Austrii z Niemcami (co przed Hitlerem proponowali austriaccy socjaldemokraci). Sytuacja na Krymie tylko tę nieufność podkreśla. Krótko mówiąc problem jest następujący: jeżeli jakiś naród zamierza skorzystać z tej zasady, to prowadzi to nierzadko do zmiany granic. Zmiany granic oznaczają często wojnę. A wojna śmierć wielu ludzi. Straszna perspektywa. Ale Adam Mickiewicz się nie wahał: "O wojnę powszechną za wolność ludów, prosimy cię Panie". Skądinąd ta wojna w końcu wybuchła. 

Jeżeli sytuacja ekonomiczna i gospodarcza jest dobra, to o problemach narodowych można wręcz zapomnieć. Rządy państw rozwiniętych starają się zamazywać rozróżnienie między narodem a przynależnością państwową. W Polsce to nie występuje, ale wielokrotnie tłumacząc na angielski słowo obywatelstwo, piszę nationality, chociaż istnieje również słowo citizenship, tylko jest mniej używane. Tak samo inne pola znaczeniowe pokrywają pojęcia patriotyzm i nacjonalizm. Gdy piszemy o walkach narodowo-wyzwoleńczych, np. w dziewiętnastym wieku, to po polsku piszemy o patriotyzmie, po angielsku raczej o „nacjonalizmie”, słowo patriot po angielsku częściej bywa używane na kogoś, kto chętnie idzie na wojnę w obronie własnego rządu. A zamiast określenia naród, używa się pojęcia ethnicity (przynależności etniczna).

Kiedy chodziłem do szkoły, mimo różnic ustrojowych zasada samostanowienia narodu w ogóle nie była kwestionowana. W końcu dzięki niej powstała niepodległa Polska. Różnica była tylko taka, że komuniści zasadę samostanowienia narodów przypisywali Leninowi i rewolucji październikowej, a niekomuniści Woodrow Wilsonowi, który ją zaproponował w chaosie, który zapanował po pierwszej wojnie światowej.

Bo chaos, to sytuacja, w której rządy na zasadę samostanowienia godzą się najchętniej. Przypominam sobie trzy takie okresy.

1)Po pierwszej wojnie światowej. W Europie Środkowej walczyły przeciwko sobie największe potęgi, nasi zaborcy: Niemcy, Prusy i Austria.  Wszyscy przegrali wojnę, co wydaje się nawet przeczyć logice, i nic dziwnego, że potem powstało tyle nowych państw. Gdyby Polska nie odrodziła się wtedy, a chciała to zrobić dopiero teraz, nie byłoby już tak łatwo.

2) Około 1960 roku zawaliły się mocarstwa kolonialne. Na ich miejscu zaczęły się tworzyć nowe państwa. Ale tu mam nawet wątpliwości, czy pojawiły się nowe narody. Bo zawsze problemem jest, jak zdefiniować naród. Może lepiej by było, by Afryka nie zrywała związku z Europą, ale uzyskała większą autonomię. Może Camus tak myślał.

3) Około 1990 upadł komunizm i  narody, które przymusowo należały do kilku federacji, przypomniały o zasadzie samostanowienia. Najdrastyczniej wystąpiło to w Jugosławii. Zginęło mnóstwo ludzi. 

Powtórzę jeszcze raz. W swoim czasie zasada samostanowienia narodów uchodziła za oczywistą. Ale było to po wielkiej wojnie, albo w ramach naprawiania wielkiej krzywdy historycznej. Dziś od mniejszości narodowych oczekuje się, by pielęgnowali swoje odrębności w ramach autonomii w państwach, w których mieszkają. Chyba że się nie da. Są to tego typu przypadki, co (być może) Palestyna/Izrael. Ale próg uzasadnienia winien być wysoki. Bo jest to nierzadko uzasadnienie za destabilizacją, wojną, ofiarami. Także i Rosja powinna uważać. Bo krajem jednonarodowym nie jest.

To, co napisałem, to tylko jeden z możliwych poglądów. Może ktoś uważa inaczej. Ciekawy artykuł na ten temat znalazłem tu

http://guardianlv.com/2014/03/crimea-referendum-results-put-self-determination-to-the-test/

I jeszcze tu http://www.theguardian.com/politics/shortcuts/2014/mar/24/will-orkney-shetland-join-micronationalists-independence-vote

 
1 , 2