O autorze
zapiski filozofującego rowerzysty i miłośnika podkastów Bez ipoda nie da się filozofować
środa, 28 kwietnia 2010

Ponieważ z zawodu jestem tłumaczem, od czasu do czasu patrzę, co o tłumaczeniach mają do powiedzenia filozofowie.  W dwudziestym wieku gwiazdą pierwszej wielkości na filozoficznym firmamencie był Quine. Mówił on, że nasze tłumaczenia będą z konieczności niedookreślone. Jak byśmy się nie starali, wypowiedzi danego języka dopuszczać będą różne interpretacje.

Przykład Quine’a: Tubylec widząc królika, wydaje okrzyk "gavagai".  Językoznawca robi to, co wydaje mu się naturalne i tłumaczy to jako "Zobacz, królik." Ale i inne tłumaczenia są tu dopuszczalne: "Popatrz, biegnie jedzenie"; "Chodźmy zapolować"; "Będzie dzisiaj burza" (tubylcy mogą być przesądni); "Popatrz, chwilowe stadium królika"; "Popatrz, nieodłączona część królika." Niektóre z nich mogą okazać się mniej prawdopodobne w świetle późniejszych obserwacji. Inne można wykluczyć przez zadawanie krajowcom pytań. Ale pytania można zadawać, kiedy językoznawca już opanuje dużą część gramatyki i abstrakcyjnego słownika języka krajowców, a to można osiągnąć jedynie na podstawie prostszych obserwacji różnych elementów języka, które, jak widzieliśmy, dopuszczają wiele interpretacji.

Akurat ten przykład mało mnie przekonuje, choć zdaję sobie sprawę, że teza Quine’a sprowokowała 999 doktoratów. Jeżeli wszystkie inne sposoby zawiodą, jest zawsze jeden, by adekwatnie poznać egzotyczny język. Wystarczy zapoznać jakąś egzotyczną dziewczynę i jej się oświadczyć. Wprawdzie będą wątpliwości, czy zawarty został ślub, za to akt miłosny będzie już zupełnie niedwuznaczny i niewerbalny. Potem spłodzić z nią potomka, który będzie dorastał w dwujęzycznej atmosferze. Gdy już jako tako pozna oba języki: mój i egzotyczny, można po prostu zadać mu pytanie: co to znaczy gawagai? .

[Zapewne tego typu podejście zirytowałoby behawiorystę (?) Quine’a, bo odwołuje się do tego, co ktoś myśli o znaczeniu. Ale tu jest właśnie pies pogrzebany: nie można mówić o znaczeniu wyłącznie na podstawie zachowania, bez odwołania się do intencji (zamiarów)]

A skąd wiemy, że nasze polsko-egzotyczne dziecko nas nie oszukuje. Musimy mieć po prostu bardzo dużo dzieci, co najmniej 999 (tyle co Quine doktorantów).

 

 

Dopisek ponad tydzień później:

 

Ja wcale się z Quine'a nie śmieję. Może tylko trochę. A priori jego argument jest bardzo przekonujący. Z drugiej strony wszyscy się uczymy pierwszego, ojczystego czy też matczynego języka. Skoro się uczymy, to możemy się nauczyć. Ab esse ad posse valet, pierwsza zasada logiki modalnej.

Ale jak to się dzieje. Żebyśmy mogli dziecku coś pokazać, dziecku musi wiedzieć, co znaczy gest wskazujący. Podobno np. pies nie wie, co taki gest znaczy. Być może na znajomości tego gestu wskazywania polega właśnie to słynne Language Acquisition Device Chomsky'ego. Może rozumienie wskazywania palcem (czyli ostensji) to podstawowa kartezjańska idea wrodzona.

Spekulujmy dalej. Może umysł ludzki jest tak zbudowany, że pewne rzeczy postrzega a inne pomija. Postrzega zająca, a nieoddłączona część zająca go nie interesuje. Może człowiek jest urodzonym platonistą, czyli dysponuje pewną naturalną klasyfikacją świata, która pewien sposób postrzegania go naucza.

Myślę, że filozof powinien się przyglądać tzw. naturalnym metodom nauczania języka. Polegają ona na tym, że nauczyciel nigdy nie używa języka ojczystego, wszystko musi pokazać - palcem lub mimiką. Uczestniczyłem kiedyś w pokazie takiej lekcji przeprowadzanym przez znakomitego nauczyciela (była to akurata nauczycielka Ellaine, a działo się to jednym ze słynnych w tamtych latach obozach anglistów w Poznaniu, organizowanych pod egidą Fisiaka) . Uczyliśmy się tureckiego. Do dzisiaj (po trzydziestu latach) pamiętam Ucz tena bira - trzy piwa proszę. Nikt nie miał wątpliwości, czy nauczycielka pokazuje puszkę piwa, czy niedłączoną część puszki.

 

Pozdro

07:44, markiz.witkowski , językoznawstwo
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5