O autorze
zapiski filozofującego rowerzysty i miłośnika podkastów Bez ipoda nie da się filozofować
sobota, 24 września 2011

Czy to właściwie sprawiedliwe, że w przyszłym roku nie będę miał piosenki Beatlesów „Love, love me do” na własność? Przecież była mi obiecana. Po pięćdziesięciu latach od nagrania wersja dźwiękowa kompozycji miała wejść do domeny publicznej i być moja. Oczywiście po zapłaceniu tantiem dwóm twórcom piosenki, z których jeden już nie żyje, ale to inna sprawa. Mówię o samym nagraniu dźwiękowym.

Niedawno uchwalona nowa Dyrektywa Rady Europejskiej i Parlamentu przedłuża jednak prawo autorskie dla wykonawców z 50 do 70 lat. Potocznie nazywa się to prawo the Beatles Extension Act, ponieważ dzięki niemu piosenka „Love, love me do”, która w przyszłym roku weszłaby do domeny publicznej, pozostanie poza nią jeszcze dwadzieścia lat. Stosuje się też określenie Cliff’s law, rzecz jasna od Cliffa Richarda, który swoje najpopularniejsze piosenki nagrywał jeszcze przed Beatlesami i który lobbował za nowym prawem.

Zostawmy problem, czy to prawo jest słuszne. Komentarzy na internecie jest bez liku. Za i przeciw. Mnie bardziej zainteresowało, jak bardzo możliwość biznesowego wykorzystania jakiegoś utworu zależy od widzimisię ustawodawcy, w sumie od państwa, bo Unia jest też czymś w rodzaju państwa. Państwo definiuje produkt i odnoszące się do niego prawo własności. Oczywiście ma demokratyczny mandat, ale słucha też lobbystów.

Liberalni ekonomiści zgadzają się, że rola państwa powinna być w gospodarce jak najmniejsza. Działalność gospodarcza powinna opierać się na swobodnej konkurencji, a państwo powinno pełnić rolę stróża nocnego pilnującego, by nikt nie ukradł towaru. Tymczasem nie wiem nawet, czy jest to model, którego biznes tak naprawdę chce. Inaczej nie angażowałby lobbystów.

Bo w praktyce jednak ten stróż nocny sam tworzy produkt.  Od jego suwerennej decyzji zależy, czy powstanie produkt „dalsze czerpanie korzyści z piosenek Beatlesów przez dwadzieścia lat”, czy fani będą słuchali tych piosenek za darmo. I czy obiecana mi własność „Love, love me do” zostanie odebrana.

Suwerenność parlamentu sprawia, że nie da się zagwarantować, że następnym pokoleniu, ktoś nie zaproponuje, by artyści i ich rodziny, lub zgoła firmy płytowe, czerpały zyski za nagrań dźwiękowych przez kolejne dwadzieścia lat. Propozycja przedłużenia prawa autorskiego na nagrania dźwiękowe na 95 lat już padła. Nietrudno to będzie uzasadnić. Przecież rodzina nie traci domu nawet po upływie wieku.

Zdumiewa mnie, jak arbitralne mogą być te decyzje. Nawet w zakresie świętego prawa własności. Przecież własność nagrania piosenki "love, love me do" po roku 2012 była obiecana mnie (i reszcie społeczeństwa), a nie czterem wykonawcom i ich następcom prawnym

Ale w sumie dobrze jest, że społeczeństwo chce przyznać artystom przywileje, których poskąpiło Sokratesowi. W trakcie procesu sądowego poproszono go, by sam sobie wyznaczył karę. Zaproponował, by społeczeństwo do końca życia płaciło mu pieniądze, jak wybitnemu artyście. Wydaje się, że to przyśpieszyło wyrok śmierci przez wypicie cykuty. Wkurzył sędziów.



 

PS.  Oczywiście lobbowano też przeciwko temu prawu, zob.

PPS. Skoro już napisałem o pewnej konkretnej piosence, to sobie przypomniałem, że w nagraniu "Love, love me" Ringo Starr wprawdzie uczestniczył, ale ze zdumieniem stwierdził, że nie każą grać mu na perkusji, tylko na tamburynie. Na perkusji grał kto inny. Ciekawe, w jaki sposób tamten perkusista jest uwzględniony w podziale praw wykonawczych.

15:10, markiz.witkowski
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7