O autorze
zapiski filozofującego rowerzysty i miłośnika podkastów Bez ipoda nie da się filozofować
wtorek, 17 września 2013

Nie mniej ni więcej, tylko chcę w tym wpisie ustalić, czy sceptycy mieli rację, czy nie. Może mi się uda, a może nie.

Sceptycyzm (filozoficzny) to ciągnący się od starożytności nurt w filozofii, według którego należy się powstrzymać od głoszenia jakichkolwiek sądów o świecie zewnętrznym, bo są niepewne. Argumenty za sceptycyzmem skatalogowali już w starożytności Pirron z Sekstusem Empirykiem i bez trudu można je znaleźć na internecie, np. tu . Niektóre z nich są bardzo zmyślne.

Ale powiedzmy krótko: nasze zmysły mogą być zwodnicze. Nikt nam nie może zaręczyć, że kiedy widzimy konkretne przedmioty, to w rzeczywistości nie śnimy i kiedyś nie obudzimy się ze snu. Albo, jak proponuje nam się zastanowić Kartezjusz, możemy być we władzy złego demona, który nam podpowiada fałszywe spostrzeżenia. Równie radykalny eksperyment myślowy proponuje Leibniz. Kiedy wydaje nam się, że postrzegamy świat zewnętrzny, to jesteśmy „monadą bez okien”, która ogląda samą siebie, a to że nasze spostrzeżenia są skoordynowane ze spostrzeżeniami innych, to wynika z ogólnej harmonii, która rządzi światem. Oczywiście nie wiemy, czy tak jest, ale jest taka możliwość. (Tak przy okazji: skąd Leibniz w ogóle wie, że są inne monady?)

Wizję podobną do leibniziańskiej pokazał kiedyś Lem w jednym ze swoich opowiadań (niestety nie pamiętam tytułu). A już epoka internetu przyniosła trzy filmowe blockbustery oparte na hipotezie sceptycznej. W Awatarze postaci należące do pewnej biologicznej rasy olbrzymów są w rzeczywistości kontrolowane przez ludzkich operatorów. A ci ostatni odbierają wrażenia zmysłowe nie z pokoju, w którym się znajdują (leżąc w metalowych sarkofagach) tylko z dżungli poprzez ciała kierowanych przez siebie olbrzymów. Z kolei Matrix to system symulacji świata z 1999 roku, do którego podłączeni są ludzie, których bioelektryczność wykorzystują maszyny jako zastępcze źródło energii. Od urodzenia żyją w tej symulacji, trochę jak we władzy kartezjańskiego demona. Incepcja jest chyba bardziej leibniziańska. Postaci zanurzają się w niej w kolejne warstwy snów, które są jakoś ze sobą zsynchronizowane i – co ważne – bardzo przypominają jawę. Wszystkie te filmy mają jedno podstawowe założenie – zwodniczość zmysłowego obrazu świata zewnętrznego.

Sceptycyzm tworzy dość przekonującą wizję. Z drugiej strony nikt w filozofii nie traktuje sceptycyzmu do końca poważnie. Jeśli jednak nie powstają katedry sceptycyzmu i takież ośrodki badawcze, to chyba tylko dlatego, że sceptycyzm jest ofiarą własnego sukcesu. Przyjmując sceptycyzm za prawdziwy, powinniśmy uniknąć dalszego filozofowania, a tego żaden filozof nie chce. Skoro każda wiedza jest niepewna i Pirron ma rację, to powinniśmy się powstrzymać od głoszenia czegokolwiek i poszukać innego zajęcia niż filozofowanie.

Poza tym sceptycyzm nie przekonuje każdego. W ubiegłym wieku znaleźli się filozofowie, którzy próbowali dowodzić nieprawdziwości stanowiska sceptycznego. W Anglii robił to Moore.

Argument Moore’a jest bardzo prosty.

Wykładowca staje przed gremium akademickim i mówi:

  • Oto jest ręka,
  • A tutaj jest druga ręka.
  • Są przynajmniej dwa przedmioty zewnętrzne w świecie.
  • Dlatego świat zewnętrzny istnieje.

I to wszystko. Wygląda to wszystko na żart filozoficzny. Żeby zatem brzmiało do końca poważnie, zapisuje się jeszcze to rozumowanie w formie logicznej, ale to pominiemy, bo przecież żadna logika nigdy nie wniesie nowych treści.  Dlatego nazywamy ją logiką formalną.

Kiedy patrzę na ten argument, czuję się bardzo zakłopotany. Zawsze zaskakująca była dla mnie kariera filozoficzna zarówno samego G. E. Moore’a, jak i jego antysceptycznego argumentu. Nie dlatego, by ten argument był z konieczności niepoprawny. Chce się raczej zadać pytanie: „To aż potrzeba profesora filozofii z Cambridge, by coś takiego wymyślił. Wystarczyłby przecież literat w rodzaju Samuela Johnsona (który rozwiązał problem istnienia świata zewnętrznego potykając się o kamień), albo jeszcze lepiej amerykański konsultant ekonomiczny powtarzający: „Jeżeli coś wygląda jak kaczka, chodzi jak kaczka, gdacze jak kaczka, to pewnie jest to kaczka”. Przez parę tysięcy istnienia filozofii nikt miałby czegoś podobnego nie wymyślić? Może wymyślił, ale tego nie opublikował, bo wydawało mu się to zbyt banalne. Tak to czasami jest z tymi „oryginalnymi” argumentami w filozofii analitycznej, które jednak owocują dalszymi publikacjami.

W sumie Moore namawia nas do świadomego dogmatyzmu. Mamy zaufać zdrowemu rozsądkowi co do istnienia świata zewnętrznego, tak jak w innym miejscu namawia nas do zawierzenia naszym intuicjom etycznym. Jak powiedziałem, wielu filozofów Moore przekonał. A nie-filozofów przekonywać nie trzeba.

Ponieważ jednych przekonuje Moore, a innych Pirron z Sekstusem Empirykiem, można by przyjąć  stanowisko kompromisowe i uznać, że to, czy zostajemy sceptykami czy nie, zależy trochę od naszego nastawienia: może filozoficznego może psychologicznego. Bardziej metafizyczna postawa wobec świata zaprowadzi nas do sceptycyzmu, bardziej zdroworozsądkowa do antysceptycyzmu. I w ten sposób moglibyśmy pogodzić oba stanowiska. (Nie jest to jedyna taka sytuacja: jedni mają naturalną skłonność do dualizmu ciała i umysłu, inni do materializmu).

ALE UWAGA!!!!!. Takie kompromisowe pogodzenie stanowisk nie jest jednak możliwe. To, czy uznajemy jakiś sąd, miałoby zależeć od naszej postawy życiowej? Przecież to najlepszy argument za sceptycyzmem, jaki tylko można sobie wyobrazić. Mówi on bowiem o subiektywności, niepewności naszego przekonania o istnieniu świata zewnętrznego.

Sceptycyzm rulez.

09:43, markiz.witkowski
Link Dodaj komentarz »