O autorze
zapiski filozofującego rowerzysty i miłośnika podkastów Bez ipoda nie da się filozofować

Ludwig Wittgenstein

poniedziałek, 21 marca 2011

 

(dom, w którym W. mieszkał w Cambridge)

Większość ludzi uważa, że kiedy używają takich słów jak „ból”, mówią o swoim uczuciu lub wrażeniu. Prawie na pewno nie należał do nich jednak Wittgenstein. Uważał on, że nie może istnieć język, w którym mówimy na naszych stanach wewnętrznych, do których miałby dostęp tylko każdy z osobna. Mówił, że niemożliwy jest język prywatny.

 

Skąd taka dziwna i nieintuicyjna teoria? Przecież w końcu potrafimy mówić o swoich uczuciach. Otóż jeśli używam słowa „ból” i słowo to oznacza jakiś stan wewnętrzny, to nie wiem, czy jest to ten sam stan wewnętrzny, który nazwałem „bólem” wczoraj, tydzień, miesiąc i rok temu. Mogę się z łatwością pomylić i nazwać „bólem” coś innego.

 

Co prawda, tak jest z każdym słowem. Kiedyś myślałem, że „oportunista” to człowiek oporny, chyba na zasadzie czysto fonetycznej. Ale jest różnica między słowami odnoszącymi się do rzeczy zewnętrznych i stanów wewnętrznych. Jeśli źle użyję słowa oportunista, to wiem, że prędzej czy później mnie ktoś poprawi, tak jak mnie kiedyś poprawił ojciec. Ale, kiedy mówię o stanach wewnętrznych, nikt mnie poprawi, bo do bytów wewnętrznych (nawet jeśli istnieją) mam z definicji dostęp tylko ja. Język prywatny nie może zatem istnieć, bo jego mówca, nigdy nie miałby pewności czy mówi o danym bycie psychicznym, czy jakimś innym, który subtelnie wszedł na jego miejsce. Słowom należącym do języka prywatnego trudno byłoby zatem przypisywać znaczenie.

 

Ja jestem niezreformowanym introspekcjonistą i (narażając się na zarzut megalomanii) twierdzę, że Wittgenstein nie ma racji. Istnieje język prywatny. Każdy z nas nim włada i mówi. Ale nie znaczy, że Wittgenstein czegoś ważnego nie zauważył. Nigdy nie możemy być pewni, że gdy nazywamy jakieś uczucie, to nie posługujemy się słowem, którym wiele lat temu (a może nawet przed chwilą) nazywaliśmy coś innego. Zapewne są to niezauważalne zmiany znaczeniowe, które przez lata nawarstwiania dają duży meaning shift. Dla mnie co innego znaczy teraz miłość niż trzydzieści lat temu. Długo mogę tego nie zauważać. Aż przychodzi moment proustowski i zwrócę na to uwagę. (Będę zaskoczony jak inaczej pachnie ta emocja). Albo zwróci mi na to uwagę ktoś inny, bo inni tez mają do naszych uczuć (ale tylko o tyle, o ile posługują się analogią i wczuwaniem się).

 

Słowa (których związek ze znaczeniem jest i tak przeważnie przypadkowy, arbitralny) nie stoją w miejscu i wykonują swój dziwny taniec. Zwłaszcza w psychologii naszego własnego umysłu, gdzie nie tylko nikt nie poprawi naszego użycia słów, ale i my sami nie jesteśmy ich panami, tak jak nie jesteśmy panami swoich własnych uczuć. Dziwny ten mój język prywatny, w którym ja sam mam najmniej do powiedzenia. Na pewno nie napiszę jego gramatyki.

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4