O autorze
zapiski filozofującego rowerzysty i miłośnika podkastów Bez ipoda nie da się filozofować

pochodzenie języka

piątek, 08 marca 2013

Od czasu do czasu sprawdzam, co ludzie teraz myślą na temat pochodzenia języka. Bardzo niewiele o tym wiemy. Prawdziwa nauka zajmuje się tym bardzo ostrożnie, bo wczesne formy języka nie zostawiły za sobą żadnych wykopalisk. Jeszcze w 19 wieku Francuskie Towarzystwo Językoznawcze zakazało przyjmowania artykułów na temat pochodzenia języka. Więc jak nie nauka, to chyba filozofia.

Mam jednak wrażenie, że większość ludzi myśli mniej więcej w ten sposób: „język powstał w toku ewolucji gatunku ludzkiego”. Teoria Darwina zdecydowanie kształtuje nasze myślenie w wielu dziedzinach. Poza tym język daje nam zdecydowaną przewagę nad gatunkami, które go nie posiadają.

Problem dotyczy jednak istotnych szczegółów. Najważniejsze pytanie jest takie: czy język postał nagle, czy kształtował się stopniowo.

Wielu ludzi zapewne denerwuje dominacja Chomsky’ego nad współczesnym językoznawstwem. Ale cóż począć? Trzeba oddać mu głos. Chomsky uważa, że język pojawił się nagle, w wyniku przypadkowej mutacji genetycznej. Można zadać pytanie, czy coś tak skomplikowanego jak język mogło pojawić się jednorazowo. Ale Chomsky na nie odpowie. Cechą konstytutywną języka jest rekurencja, czyli możliwość tworzenia nowych zdań (potencjalnie nieskończenie wielu) na podstawie istniejących. Banalnym przykładem rekurencji jest stworzenie „schodkowego” zdania złożonego, w którym poszczególne zdania są połączone spójnikiem „który”. „Mam kolegę, którego dziewczyna ma koleżankę, której matka pochodzi z Ukrainy, która jest krajem leżącym na wschód od Polski, która leży w środku Europy, która leży na północ od Afryki, w której znajduje się pustynia Sahara, itd.”. W ten sposób można tworzyć i rozumieć nieskończenie wiele zdań przede wszystkim nowych.

Z rekurencją mamy do czynienia także w matematyce. Chodzi o to, że umiemy liczyć nie tylko do jakiejś konkretnej liczby N (np. dwunastu), tylko do nieskończoności. Bo jeśli potrafimy liczyć do N, to potrafię również liczyć do N+1, N+1+1, itd.

Chodzi o to, że rekurencja albo jest, albo jej nie ma. Ponieważ jest ona ściśle określona (przez reguły gramatyki), to może pojawić się nagle, bo nie ma czegoś takiego jak pół rekurencji (coś jak bycie w ciąży w połowie). Liczenia do nieskończoności nie można nauczyć się stopniowo.  Więc język mógł powstać nagle. A jak powstał, to od razu z rekurencją, a potem już nie było wiele do roboty.

Raczej bym się z Chomsky’m gotów zgodzić, choć podobno większość autorów uważa, że język powstawał stopniowo. Ale do nich miałbym jedną prośbę. Interesowałoby mnie, gdyby ktoś podał możliwy scenariusz takiej ewolucji. Nie chodzi o to, żeby powiedział mi jak było, bo tego mogę nigdy nie wiedzieć, tylko żeby mi powiedział, jak mogło być. Żeby uszeregował kilka takich języków od bardzo prymitywnego do współczesnego, z coraz większym poziomem komplikacji. Jakoś mam wrażenie, że nie jest to takie proste, chociaż w Wikipedii znalazłem dużo ciekawych wskazówek.

Podam dość uproszczony przykład, jak taki scenariusz mógłby wyglądać. Opiera się on na teorii gramatykalizacji, którą znalazłem w Wikipedii.

Sto tysięcy lat temu ludzie mówią tylko rzeczownikami typu:

1)    „deszcz”, „pożywienie”

Potem słowo „deszcz” zmienia się niepostrzeżenie w słowo

2)    „pada”

Czyli coś w rodzaju zdania pozbawionego jakiejkolwiek struktury. Zdanie „Pada” jakąś „gramatykę” już ma, bo jak się chce powiedzieć, że dużo pada, to mówi się trochę głośniej.

Jeśli chodzi o przejście od 1) do 2), to ktoś zwrócił uwagę, że na przykład w angielskim przejście od rzeczowników do czasowników jest zawsze możliwe. (Na przykład mamy słowo „spear” i tworzymy od niego czasownik występujący w zdaniu (Let’s spear a pig”). Na tym pomyśle opiera się teoria gramatykalizacji, o której mowa tu

A potem jeszcze w jakiś cudowny sposób pojawia się struktura (składnia, gramatyka)

To, co przedstawiłem, to zarys bardzo prymitywnej teorii powstania języka. Przy pomocy niej chciałem zilustrować, czego się domagam od przedstawicieli stopniowej ewolucji języka. Ja się nie muszę tym zajmować, bo jestem po stronie Chomsky’ego. Uważam, że w którymś momencie rekurencja wyskoczy jak deus ex machina. Chomsky mówi o przypadkowej mutacji, ale ktoś może powiedzieć, że była to interwencja boska. Ale – powtarzam – jak ktoś chce twierdzić, że język powstawał stopniowo, to musi przynajmniej napisać możliwą historię takiego powstawania. Zanim się teorię sfalsyfikuje, trzeba ją najpierw sformułować. Może żądam rzeczy niemożliwych.

Tak przy okazji, sprawa dotyczy nie tylko powstania języka ale i matematyki. Język w jego obecnej formie zakłada już jakąś matematykę, bo jest w nim nieskończenie wiele zdań. Chomsky może nie zwrócił na to uwagi, ale tak naprawdę jest w nim kontinuum zdań (nieprzeliczalnie wiele zdań). Bo jeżeli mamy dwa zdania, z których jedno mówi o odcinku metrowym a drugie od dwumetrowym, to zawsze możemy wstawić między nimi trzecie mówiące o odcinku leżącym między nimi (długości np. półtora metra). A potem możemy to zrobić jeszcze raz. I jeszcze raz.

11:47, markiz.witkowski , pochodzenie języka
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2