O autorze
zapiski filozofującego rowerzysty i miłośnika podkastów Bez ipoda nie da się filozofować

Pink Floyd

czwartek, 21 października 2010

Słucham audycji braci Harrisonów o Pink Floydach. Nie chcę omawiać jej treści. Zachęcam każdego do posłuchania jednego ze stu odcinków podkastu Entitled Opinions italianisty Roberta Harrisona, bo jest to bardzo dobry podkast i jest tam dużo o filozofii.

 Moja generacja jest zarażona Pink Floydami i nic się w tej sprawie nie zmieni. Choć nie urodziłem się fanem Pink Floyd, to na pewno nim umrę. A może nie powinienem, bo Pink Floyd jako zespół popełnił wiele artystycznych grzechów (niektóre są wzajemnie sprzeczne).

 1)      nadmierny intelektualizm  - te różne „konceptualne” psychodeliczne śniadania Allana czy efekty dźwiękowe; poza tym, gdyby im pozwolić, mogliby grać w nieskończość; a może ten intelektualizm to po prostu efekciarstwo; za to wszystko krytykowali ich w latach siedemdziesiątych punkowcy, którzy upomnieli się istotę rock'n'rolla - prostotę

2)      nadmierny sentymentalizm - Czasami nawet zastanawiam się, czy „Shine On You Crazy Diamond” (oprócz konsekwentnie chwalonej strony muzycznej) nie jest trochę zbyt melodramatyczne. Czy nie wzruszacie się przy tym utworze, bo jest wyciskaczem łez? A co ze suitą orkiestrową Atom Heart Mother, której wielu z nas chętnie posłucha w ipodzie, dostając od tego dreszczy, lecz której nawet członkowie zespołu nie chcą za często grać. Czy nie za słodkie te trąbki?

3)      pompatyczność i brak poczucia humoru - Zespół Pink Floyd (tak jak Heraklit i jak okładka ciemnej strony księżyca i jak sama ciemna strona księżyca) będzie zawsze ciemny. Syd Barret miał zgryźliwe poczucie humoru. Mógłby pisać nie tylko zboczeńcu Arnoldzie Laynie, ale i maccartneyowskie piosenki dla dzieci ("I like my bike"). Waters (który zastąpił Barreta jako tekściarz) pisze o czasie, szaleństwie, alienacji, manipulacji, dyktaturze i nie oszukujmy się, o polityce. Wszystko ciężkie tematy

4)      adolescencja – niektóre tematy Pink Floyd wydają się trochę dla dzieci a) zostanę idolem i zarobię dużo pieniędzy b) zostałem idolem, zarobiłem dużo pieniędzy c) ale jestem bardzo rozczarowany, czuję się wyalienowany i manipulowany przez maszynę rozrywkową. (To nie tylko "Wall") Chociaż Robert Harrison zwaraca uwagę, że adolescencja to również alienacja, zdziwienie, introspekcja (spojrzenie wgłąb siebie), transformacja i beznadziejna tęsknota za miłością.

 Ale to wszystko jest mało istotne, bo jest to muzyka moja. Na pewno nie może to być wszystko takie złe, skoro David Gilmour, jeden z najlepszych gitarzystów na świecie, uważał św. pamięci Syda Barreta za lepszego od siebie. A klimaty, które na klawiszach budował Rick Wright!. I właśnie chodzi o klimat, mroczny klimat barretowskiego szaleństwa, na którym zbudowana jest ciemna strona księżyca.  I droga, którą prowadzą nas Floydzi, od muzyki eksperymentalnej („Interstellar Overdrive” „On the Run”, „Welcome to the Machine”), nieco chaotycznej ("psychodeliczne kluchy", jak nazwał "Interstellar Overdrive" Gilmour) poprzez stopniowe porządkowanie architektury dźwięku aż do bluesującej ballady („Echoes”, „Time”, „Wish you were here”), beatlesowskiego („Arnold Layne”, „Emily Plays”) czy jaggerowskiego („We Don’t Need No Statisfaction”) przeboju i odwotnie, z powrotem do awangardy. Mało kto tak potrafii przejść od komplikacji do prostoty i od prostoty do komplikacji, nie gubiąc przy tym klimatu i konsekwencji. Na ogół jest tak, że albo Penderecki i Part, albo operowy Haendel i Beatlesi. A gdyby to ze sobą połączyć i swobodnie podróżować w te i wewte, bez pośpiechu, zachowując czas zarówno na ciszę, jak i na krzyk? Chcemy wyruszyć w krainę muzyki eksperymentalnej, wiedząc że zawsze możemy wrócić do znanych nam rytmów i dźwięków. Pink Floyd przeciera szlak.

Żyją jeszcze

Roger Waters

David Gilmour

 Nick Mason

Decomposing Composers

Rick Wright

Syd Barret